Siedemdziesiąta. Wpis osobisty.

Była wiosna 2007 roku. Birkenau wybuchało zielenią. Było pięknie. Tak, subiektywnie i obiektywnie rzecz ujmując, było pięknie.

Przyjechałam tam wraz z młodzieżą z Izraela – wycieczkowy nastrój długo nie mijał. Ta zieleń i w zasadzie otwarta przestrzeń nie przerażały; kolory zaczęły tracić swą moc dopiero pod koniec zwiedzania, gdy opiekunka grupy zaczęła czytać fragmenty wspomnień nastoletniej więźniarki. Ale ta zieleń ciągle mieszała zmysły. Zdradliwe to było okrutnie. Ja wiedziałam co nastąpi kilkanaście minut później, ale ci młodzi ludzie jeszcze nie zdawali sobie sprawy. Bo trudno sobie zdać sprawę póki się tego nie widzi. A i nawet wtedy nie ma takiej możliwości.

A potem już za wiele nie pamiętam. Wiem, że jeszcze po wyjściu z sali kinowej było dużo zdjęć, takich pamiątkowych – by zawieźć do Izraela i pokazać, by pamiętać – wtedy pewnie jeszcze myśleli, że wycieczkę… Przy bramie wejściowej Auschwitz, przy każdym z pierwszych bloków. A potem już tylko smutek i łzy.

Pewnie ku złości mojego operatora, nie weszłam wtedy do żadnego z budynków. Cały mój organizm powiedział stanowcze „nie”, „nie wejdziesz”. Tyle razy byłam już w środku – widziałam te zdjęcia, te ubrania, te walizki, te włosy, te buty małych dzieci, te łyżeczki. Tyle razy stałam pod szubienicą, ścianą śmierci i w krematorium. Zaczęłam się zastanawiać – właściwie ile razy? 3? 5? 8? Nagle zaczęło mi się wydawać, że mogło być tego nawet więcej, ba – że to nawet było prawie co wakacje. I nie byłam w stanie ruszyć się o krok.

Usiadłam na schodach jednego z budynków. Dosiadła się do mnie Beta – opiekunka grupy, nauczycielka historii, wspaniała kobieta. Spytała dlaczego nie weszłam.

Opowiedziałam jej, że jako dziecko bywałam tam często – przyjeżdżałam z dziadkiem, który mieszkał blisko. A to żeby zobaczyć jakąś część obozu, a to żeby zapalić znicz. W obozie był jego ojciec, a mój pradziadek.

I nagle zdałam sobie sprawę, że ja o nim właściwie nie wiem nic.

Dziadek nigdy o nim nie mówił. Tak mi się przynajmniej wydaje. Opowiadała prababcia, choć raczej głównie o sobie. O tym co Auschwitz zrobiło z jej życiem, mimo że toczyło się ono w rzeczywistości nieogrodzonej drutem kolczastym. O tym jak widziała go ostatni raz i jak została zupełnie sama – młoda kobieta z piątką małych dzieci. O tym jak w rzeczywistości wojennej musiała sobie radzić sama. I o tym jak udało jej się podejść do miejsca, w którym pracowali więźniowie (a może i w okolicę samego obozu – nie pamiętam), w nadziei że go zobaczy. Zobaczyła jednak kilku mężczyzn, którzy wyglądali jak kopie siebie – wychudzeni, ogoleni, w pasiakach. Może go widziała, a może nie. Opowiadała o tym jak na niego czekała. Że może go zwolnią.  Że obóz wyzwolili. Że wojna się skończyła, może był gdzieś indziej i wróci. Nie wrócił. Już dawno nie żył.

Uderzało mnie zawsze to, że w jej opowieściach nigdy nie było nienawiści. Gdy zaczynała mówić o krzywdzie wyrządzonej przez Niemców, zawsze dodawała – ale przed wojną byli też dobrzy Niemcy i dziś oni tacy są. Uczyła szacunku dla drugiego człowieka jak mało kto. A mnie to ciągle dziwiło.

Dziadek taki nie był. On nie opowiadał w ogóle (zapamiętałam tylko, że nie lubił Niemców). A ja nie pytałam – nie umiem dziś powiedzieć dlaczego. Nie interesowało mnie? Bałam się spytać? Za dużo w muzeum widziałam, by jeszcze więcej chcieć wiedzieć?

Siedząc tam na tych schodach w Auschwitz pomyślałam sobie, że to śmieszne, bo w tym wszystkim nie ma nic do ukrycia, nie ma żadnej wstydliwej rodzinnej historii. I wtedy Beta powiedziała, że to nie jest śmieszne. Że dokładnie tak samo jest w jej rodzinie – o TYM się nie rozmawia. TYM jest tamto miejsce, tamte czasy i tamte emocje. Mówiła, że właściwie od ojca, który był w Auschwitz, wie tylko jaki miał numer obozowy. I nie dlatego, że jej opowiedział, ale że ten numer ma wytatuowany. Do reszty dorobiła sobie sama historie. I te historie są tak straszne, że ona do budynków obozowych też już od wielu lat nie jest w stanie wejść, bo tylko tak jest w stanie uśpić wyobraźnię.

Podczas stypendium w Stanach zajmowałam się tzw. drugim pokoleniem – pokoleniem dzieci ofiar Holocaustu (zarówno tych, którzy przeżyli, jak i nie przeżyli). Wielu z nich też ma ten problem, miewają go i ich dzieci –  z takich miejsc jak Auschwitz przekładają na historię swojej rodziny te najokropniejsze rzeczy. Najokropniejsze obrazy z filmów stają się obrazami z życia ich przodków. Książki i wspomnienia z obozu stają się wspomnieniami ich bliskich. Zresztą, moi znajomi czasem się ze mnie śmiali, że gdy się mnie odwiedza, zawsze gdzieś na szafce leży otwarta książka o nazizmie. Moi rozmówcy też tak mieli – szukali w nich odpowiedzi. Nie znaleźli. Nie znaleźliśmy.

Niedawno zarzuciłam rodzicom, że nie powinni byli godzić się, by dziadek tak często zabierał mnie do Auschwitz. Że to nie jest miejsce, w którym dorastające czy dojrzewające dziecko powinno spędzać wakacje. Rodzice nie wiedzieli o co mi chodzi. Ich zdaniem i uparcie się go trzymają – dziadek wziął mnie tam góra dwa razy i to jako nastolatkę, do tego może dwa razy byłam z nimi pod ścianą śmierci, by zapalić znicz. Nie wykluczam, że mają rację – całkiem możliwie, że przez traumę tego miejsca, resztę sama sobie wyobraziłam.

Moja noga pewnie nigdy już w Auschwitz nie stanie. Zbyt trudne doświadczenie. Zbyt bujna wyobraźnia.

Okrucieństwo, które tam się działo – mieszało i ciągle miesza zmysły. To miejsce miesza zmysły. Nie tylko wiosenną zielenią.

——————–

Niech spoczywają w pokoju.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s