W ostatnią godzinę… pierogi

twitter-final-menu

Po pierwsze – nie pisałam od stu lat. Po drugie – nigdy nie pisałam o jedzeniu.

Skąd zatem ten wpis? Kilka dni temu zapytałam użytkowników Twittera o to, co chcieliby zjeść jako ostatni posiłek/danie w swoim życiu. Liczba odpowiedzi i ich różnorodność zaskoczyły mnie, przyprawiły mój żołądek o ssanie (a działo się to w okresie świątecznym!), a przy tym wydały mi się jakieś ciepłe i wyjątkowe, no i stąd ten wpis (który też niektórym obiecałam:)…

Co zatem okazało się najpopularniejsze? To co proste i… polskie! Przede wszystkim pierogi: ruskie, z kapustą i grzybami, z kapustą i mięsem czy samą kapustą. Poza tym zwykła kromka chleba, najchętniej upieczonego w domu lub bagietka – z masłem. Do tego ewentualnie… kiełbasa. No i tatar, z setą i bez. Zupy najróżniejsze szły ze sobą właściwie łeb w łeb (albo raczej: łyżka w łyżkę), ale znów – dominowały te typowo polskie, goszczące w naszych domach często albo od święta, ale regularnie (czyt. barszcz z uszkami). Steki były też na topie, bez dwóch zdań. Największa różnorodność była w deserach, ale najchętniej sięgnęlibyśmy po czekoladę albo po coś czekoladowego. Popilibyśmy to wszystko kawą i winem, chętniej czerwonym niż białym, choć niektórzy w tej ostatniej godzinie sięgnęliby po whisky.

screen-shot-2016-12-31-at-03-04-57

Oczywiście nie jest tak, że nie było propozycji potraw bardziej wyrafinowanych. Bo obok tych wyżej wymienionych, obok pizzy i kebaba, znalazły się m.in. ostrygi z szampanem, polędwica z Kobe czy białe szparagi w truflowej chmurce.  Bo jak jeść ostatni raz, to na bogato? Czemu nie. Ale niektórzy mieli też wersje „żołądkowo” ryzykowne (choć OK, to akurat może być wyłącznie moja ocena:) albo „żołądkowo” złośliwe, no bo jak ostatni raz, to co za różnica! :)

A poza tym? A poza tym to trochę potraw regionalnych (m.in. gziki, galarty, pieczone grule, karminadle czy prażoki – wyraźny lokalny patriotyzm kulinarny z Wielkopolski i Śląska!) i chyba to co najważniejsze… Na myśl o ostatniej potrawie, przychodzą nam do głowy smaki, które pewnie kojarzą nam się z czymś ciepłym i dobrym. Domem, dzieciństwem (choćby: chleb z majonezem i keczupem – przysmak dzieciństwa” – @nikodempan) i mamą. Jakże wiele osób do proponowanych potraw dopisywało „jak u mamy”! No bo któż robi/robił nam lepsze pierogi z kapustą, placki ziemniaczane czy sałatkę warzywną, jak nie mama?! No, ewentualnie babcia, bo i ona się często pojawiała. Raz pojawiła się też teściowa z blinami i teść z flakami (tu chyba najzabawniejsza z odpowiedzi na pytanie o ostatnią potrawę – „flaki mojego teścia”, autorstwa @S_Wikariak, ale już ustaliliśmy: owe flaki to najpoważniejsza rzecz na świecie!;). Nie zabrakło też odpowiedzi mniej przyziemnych, takich jak ta: „Światło życia wiecznego, którym jest Jezus Chrystus w Hostii, w nadziei na zbawienie.” [@JanekPtak].

Wszystkim dziękuję za odpowiedzi! A oto jeszcze kilka z nich:

Tak czy inaczej, na nowy rok życzę wszystkim tylko najpyszniejszych posiłków, stanowczo nie ostatnich :) Wszystkiego dobrego!

Beata

PS1.
Obiecuję, że wpis kulinarny był tu pierwszy i ostatni raz – tę formę internetowej twórczości pozostawię tym, którzy potrafią w kuchni więcej niż ja. A takich na pewno nie brakuje ;) Choć doskonale znam się na jedzeniu jedzenia ;) Kolejny raz obiecuję sobie, że będę pisać też częściej (i poważniej). Tylko wiadomo jak to z tymi obietnicami noworocznymi bywa… ;0
PS2.
W tekście wykorzystałam kilka darmowych narzędzi, a były to: Twitter, Worldclouds, Canva i Rocketium. Ponadto, w wideo wykorzystałam zdjęcia z pixabay.com (autorstwa, w kolejności: dolvita108, skeeze, cat6719, MOs810, Hans) na licencji CC0 Public Domain oraz publicdoainpictures.net/George Hodan, License: Public Domain (whisky)

 

Bukareszt 360

Na początku niestety „przester”, więc zalecam ściszenie odbiorników :) 

Nie wiem co tu się działo, bo trafiłam przypadkiem, ale wiem, że to co zobaczyłam, to była magia. Tu jedynie jej krótka końcówka.

Bukareszt mnie rozkochuje coraz bardziej. To tak niezwykła mieszanka wszystkiego (piękna i brzydoty, nowoczesności i zacofania, itd.), że wciąga niezwykle. I żyje. To po prostu żywe bardzo miasto. I gdy to piszę, sama się do siebie uśmiecham, bo w sumie dwa dni temu wieczorową porą prawie weszłam tu na ludzkie zwłoki, których nie odgrodzono od, wprawdzie nielicznych w okolicy ale jednak, przechodniów… No właśnie, taki jest dla mnie Bukareszt. Wszystko w nim jest. 360 stopni.